Pan Niewidzialna Ręka

Inspiracja: Przepis na udane życie

15 paź 10 08:54, Maciej Wasielewski, tvn24.pl | Onet.

Roz­mo­wa z Ma­cie­jem Zi­miń­skim, ojcem psa Pan­kra­ce­go, twór­cą „Te­le­ran­ka” i po­my­sło­daw­cą akcji „Nie­wi­dzial­na Ręka”.

Ma­ciej Wa­sie­lew­ski: Jest Pan współ­od­po­wie­dzial­ny za kilka mi­lio­nów do­brych uczyn­ków…

Ma­ciej Zi­miń­ski: Ja?

Za na­pra­wio­ne ławki w par­kach, za pomoc star­szym i scho­ro­wa­nym w rą­ba­niu drew­na na opał, za po­wią­za­ne w snop­ki zboże, za wodę przy­nie­sio­ną ze stud­ni, za umyte okna, wy­re­mon­to­wa­ny plac zabaw…

W takim razie po­staw mi pro­szę po­mnik. Po­mnik świę­te­go Ma­cie­ja!

Ma­ciej Zi­miń­ski w pro­gra­mie „Ekran z brat­kiem”t;, 1969 r./ fot. TVP/ East News

Do­bro­czyń­ca­mi byli czy­tel­ni­cy „Świa­ta Mło­dych” i wi­dzo­wie za­an­ga­żo­wa­ni w wy­my­ślo­ną przez Pana akcję „Nie­wi­dzial­na Ręka”. 

Ko­cha­ne dzie­cia­ry, bez nich nic by się nie udało! A jeśli już wspo­mi­nasz akcję, to na­wia­sem mó­wiąc, nie była wy­łącz­nie moją za­słu­gą. Zro­dzi­ła się w gro­nie przy­ja­ciół zwią­za­nych z re­dak­cją „Świa­ta Mło­dych”. Myślę w tej chwi­li o Ja­nu­szu Do­ma­ga­li­ku, Jurku Kac­prza­ku, Zbysz­ku Paw­łow­skim, Włod­ku Grze­la­ku, Ja­dwi­dze Dą­brow­skiej, Zosi Cheć­ko – więk­szość z nich już nie­ste­ty ode­szła do lep­sze­go świa­ta. Teraz roz­śmie­sza­ją anio­ły.
Ale to Pan pierw­szy na­pi­sał na ła­mach „Świa­ta Mło­dych” o „Nie­wi­dzial­nej Ręce”.

To był apel. Wzy­wa­li­śmy dzie­ci do po­mo­cy wszyst­kim tym, któ­rzy jej po­trze­bo­wa­li. „Spra­wa jest bar­dzo ważna! O tym mo­że­cie wie­dzieć tylko wy i my – czyli sztab „Nie­wi­dzial­nej Ręki”. Ru­sza­my do akcji. W po­go­to­wiu bę­dzie­my przez cały czas. W spo­sób nie­wi­dzial­ny spie­szyć bę­dzie­my z po­mo­cą wszyst­kim, któ­rzy po­mo­cy po­trze­bu­ją. Za­wsze – nie­wi­dzial­nie! Po­nie­waż wiem, że mogę na was li­czyć, cze­kam na wasze zgło­sze­nia” – tak to mniej wię­cej brzmia­ło…

Dzie­ci przy­sy­ła­ły do re­dak­cji kar­tecz­ki z od­ci­śnię­tą w atra­men­cie dło­nią…

Dzię­ki wpro­wa­dze­niu tzw. Bi­le­tu Nie­wi­dzial­nej Ręki nasza akcja prze­sta­ła być ha­słem, a stała się akcją nie­sie­nia po­mo­cy. Po wcze­śniej­szej re­je­stra­cji dzie­ci otrzy­my­wa­ły wy­dru­ko­wa­ne przez re­dak­cję bi­le­ty i spe­cjal­ny „tajny” numer. Tylko my, czyli re­dak­cja i dziec­ko, wie­dzie­li­śmy czyje na­zwi­sko kryje się za nu­me­rem, dajmy na to 87203.

A na kar­tecz­ce wid­niał napis: „Nie­wi­dzial­na Ręka wy­ko­na­ła dla Pani/Pana coś po­ży­tecz­ne­go, w czymś po­mo­gła. Pro­si­my to do­kład­nie opi­sać, za­łą­cza­jąc ten bilet. Pro­si­my podać swój adres. Chce­my Panią/Pana za­li­czyć do grona na­szych przy­ja­ciół”.

Za­le­ża­ło nam, by mło­dzież my­śla­ła al­tru­istycz­nie. Za­sa­da numer jeden: Dzia­łaj w spo­sób nie­wi­dzial­ny. Śpiesz z po­mo­cą, ale pod żad­nym po­zo­rem nie ujaw­niaj się, nie chwal się, że po­mo­głeś.  Po udzie­le­niu po­mo­cy dzie­ci zo­sta­wia­ły kar­tecz­kę na miej­scu wy­ko­na­ne­go za­da­nia i zni­ka­ły. Do re­dak­cji od­sy­łał ją zna­laz­ca – osoba, któ­rej pomoc zo­sta­ła udzie­lo­na, nie wie­dząc oczy­wi­ście kim jest do­bro­czyń­ca.

In­try­ga jak z filmu…

I z fil­mem, a wła­ści­wie z se­ria­lem Nie­wi­dzial­na Ręka ma wiele wspól­ne­go. Po­ja­wi­ła się w te­le­wi­zji nie­ja­ko w na­stęp­stwie emi­sji se­ria­lu o przy­go­dach Zorro, który spro­wa­dzi­łem do Pol­ski na po­trze­by te­le­wi­zji. Dzie­ci na­śla­do­wa­ły bo­ha­te­ra w czar­nej masce na oczach i wy­pi­sy­wa­ły w prze­dziw­nych miej­scach li­te­rę „Z”. Do­pó­ki ma­za­ły kredą po chod­ni­ku, było wszyst­ko w po­rząd­ku. Ale zda­rza­ło się, że ktoś prze­je­chał klu­czem po ka­ro­se­rii sa­mo­cho­du… Coś z tym trze­ba było zro­bić, tym bar­dziej, że prasa pod­nio­sła raban: Zorro de­mo­ra­li­zu­je mło­dzież; Czło­wiek w masce za­chę­ca do chu­li­gań­skich wy­bry­ków – pi­sa­ły ga­ze­ty.

No więc myśmy świn­tu­chy ob­my­śli­li dia­bel­ski plan. Per­fid­nie wy­ku­pi­li­śmy se­rial raz jesz­cze. Tyle że tym razem, po każ­dym od­cin­ku „Zorra” emi­to­wa­li­śmy pro­gram. Na­zwa­li­śmy go  „Nie­wi­dzial­ną Ręką”…

Zorro miał po­bu­dzać wy­obraź­nię, a Nie­wi­dzial­na Ręka ska­na­li­zo­wać dzie­cię­cą fa­scy­na­cję bo­ha­te­rem w czy­nie­nie dobra?

Do­kład­nie tak! Zorro też prze­cież dzia­łał w ta­jem­ni­cy. Też po­ma­gał bied­nym i tym, któ­rzy jego po­mo­cy po­trze­bo­wa­li naj­bar­dziej. Dzię­ki tej te­le­wi­zyj­nej hy­bry­dzie, nasi mali od­bior­cy po­czu­li się Zor­ra­mi, go­to­wy­mi nieść pomoc, a li­te­rę „Z” na mu­rach wy­par­ły kar­tecz­ki.

Oto jeden z li­stów: „Je­stem star­szą ko­bie­tą. Mam małe go­spo­dar­stwo we wsi Wo­ja­ko­wo. Mam dwoje dzie­ci, które miesz­ka­ją w mie­ście. Nie­daw­no przy­je­cha­ły mnie od­wie­dzić i sko­si­ły mi dział­kę zboża. Nie zdą­ży­ły jed­nak zboża po­wią­zać, ani po­sta­wić w kopki, gdyż mu­sia­ły wra­cać do pracy w War­sza­wie. Bar­dzo się mar­twi­łam co bę­dzie z tym zbo­żem, gdyż sama nie mia­łam siły za­bez­pie­czyć go przed desz­czem. Gdy się obu­dzi­łam na­za­jutrz, stwier­dzi­łam, że pada deszcz, po­my­śla­łam więc, że zboże zmo­kło. Jakże jed­nak się my­li­łam. Gdy otwo­rzy­łam drzwi, stwier­dzi­łam, iż wszyst­ko zboże zwią­za­ne jest w ładne, równe snop­ki i po­sta­wio­ne w kopki. Bar­dzo się zdzi­wi­łam, kto mógł to uczy­nić, po­nie­waż na wsi nie mam żad­nych krew­nych. I wtedy na kijku zo­ba­czy­łam przy­pię­tą kart­kę 31357″.

A jedna ze sta­ru­szek, miesz­kan­ka Po­mo­rza na­pi­sa­ła tak: „Ko­cha­na re­dak­cjo, je­stem tak bar­dzo wzru­szo­na, że komuś z War­sza­wy chcia­ło się taki kawał do mnie je­chać, żeby na­rą­bać mi drew­na na opał”. Na kart­ce wid­niał war­szaw­ski adres re­dak­cji, stąd po­czci­wi­na po­my­śla­ła, że ktoś ze sto­li­cy jej po­mógł!

Przy­to­czę frag­ment jesz­cze jed­nej: Z wiel­ką przy­jem­no­ścią przy­sy­łam wam bilet Nie­wi­dzial­nej Ręki nr 45303, który zna­la­złam przy pięk­nie wy­ko­na­nej ławce na przy­stan­ku PKS we wsi Łom­ni­ca. Dodać na­le­ży, że ławka ta zo­sta­ła wy­ko­na­na nie­zmier­nie pre­cy­zyj­nie i do­kład­nie. Czyn ten wszyst­kich miesz­kań­ców nie­zmier­nie ucie­szył. Szko­da tylko, że nie znamy na­zwi­ska wy­ko­naw­cy. Chcie­li­by­śmy go po­znać, po­dzię­ko­wać mu oraz po­gra­tu­lo­wać wspa­nia­łe­go po­my­słu…”

Jak wi­dzisz, na­pły­wa­ły do nas in­for­ma­cje o wy­da­rze­niach z po­zo­ru bła­hych: ktoś na­pra­wił ławkę, ktoś po­mógł w polu, umył szyby, na­brał wody ze stud­ni, przy­niósł wę­giel, po­ło­żył na wy­cie­racz­ce star­szej sa­mot­nej ko­bie­cie bu­kiet po­lnych kwia­tów –  myśmy to póź­niej po­ka­zy­wa­li. Chwa­li­li­śmy na­szych te­le­wi­dzów, wy­wo­łu­jąc la­wi­nę ko­lej­nych do­nie­sień o do­brych uczyn­kach „nie­wi­dzial­nych”.

Je­stem prze­ko­na­ny, że suk­ces „Nie­wi­dzial­nej Ręki” wią­zał się rów­nież z tym, że po­ka­zy­wa­li­śmy głów­nie te drob­nost­ki. Taki od­bior­ca do­wia­dy­wał się z pro­gra­mu, że jego ró­wie­śni­cy z od­da­lo­ne­go o setki ki­lo­me­trów Piotr­ko­wa po­ma­lo­wa­li frag­ment płotu, albo oczy­ści­li ulicę z pa­pier­ków po cu­kier­kach i do­cie­ra­ła do niego myśl – prze­cież ja też mogę po­zbie­rać pa­pier­ki. Le­piej po­ka­zać jak „nie­wi­dzial­ny” na­zbie­ra drew­na dla nie­do­ma­ga­ją­cej sta­rusz­ki, niż jak kła­dzie z wła­snej woli i na do­da­tek nie­od­płat­nie dzie­sięć ki­lo­me­trów kost­ki bru­ko­wej. Dla­cze­go? Bo inni pójdą w ślad tego pierw­sze­go, bo ła­twiej, bo mniej wy­sił­ku. A fi­nal­nie, co jest istot­niej­sze? Dzie­sięć ob­da­ro­wa­nych drew­nem sta­ru­szek, czy próba wy­re­mon­to­wa­nia ulicy?

Ile dzie­ci wzię­ło udział w pań­skiej akcji?

Były pro­wa­dzo­ne ja­kieś sta­ty­sty­ki. W ciągu pierw­szych 13 lat akcji zgło­si­ło się ok. 700 tys. dzie­ci, do re­dak­cji przy­szło ponad 1,5 mi­lio­na kar­tek, a każda do­no­si­ła o ja­kimś do­brym uczyn­ku.

Roz­ma­wia­li­śmy o uczyn­kach drob­nych, ale nie zmie­nia to faktu, że w wie­lo­let­niej hi­sto­rii Nie­wi­dzial­nej Ręki zda­rza­ły się rów­nież przy­kła­dy po­staw cał­ko­wi­cie nie­zwy­kłych. Sły­sza­łem o pew­nej re­pa­triant­ce…

To była sa­mot­na matka, która przy­je­cha­ła z córką z kre­sów. Do­sta­ła miesz­ka­nie, ale nie­ume­blo­wa­ne i w opła­ka­nym sta­nie. Ko­bie­ty nie stać było jed­nak na re­mont. Wie­dzia­ła o tym grup­ka har­ce­rzy i za­czę­ła zbie­rać po do­mach stare, nie­po­trzeb­ne meble. Ktoś oddał tap­czan, ktoś krze­sło, ktoś stół, lu­stro, ma­te­riał na fi­ran­ki. Har­ce­rze skom­ple­to­wa­li cały sprzęt do­mo­wy i we­szli do miesz­ka­nia, kiedy ko­bie­ta była w pracy. Gdy przy­szła to onie­mia­ła. Ścia­ny po­ma­lo­wa­ne, meble pięk­nie po­roz­sta­wia­ne, fi­ran­ki w czy­ściut­kich oknach, a na stole kart­ka z od­ci­śnię­tą w atra­men­cie dło­nią…

Był też Antek z Gor­lic – je­dy­ny od­taj­nio­ny w hi­sto­rii Nie­wi­dzial­nej Ręki…

Re­dak­cja po­sta­no­wi­ła zro­bić wy­ją­tek i ujaw­nić kim była Nie­wi­dzial­na Ręka z Gor­lic, bo to co zro­bił Antek było rze­czy­wi­ście wy­jąt­ko­we: Pa­mię­tam do­brze, to był 1976 rok. Upal­ne lato. Ten bodaj je­de­na­sto­let­ni chło­piec, wy­cho­wu­ją­cy się w nie­peł­nej ro­dzi­nie, za­pra­gnął, by wszyst­kie dzie­ci z Domu Dziec­ka w Za­gó­rza­nach miały wa­ka­cje z praw­dzi­we­go zda­rze­nia. Wła­śnie dla­te­go na­pi­sał w ta­jem­ni­cy, bez ni­czy­jej po­mo­cy kil­ka­dzie­siąt kar­tek, wier­szem i ozdo­bio­nych ry­sun­ka­mi. Ad­re­sa­ta­mi tych li­stów byli miesz­kań­cy gra­ni­czą­ce­go z Za­gó­rza­na­mi Szym­bar­ka. Antek po­pro­sił ich, by wzię­li na wa­ka­cje wy­cho­wan­ków Domu Dziec­ka. Odzew był nie­sa­mo­wi­ty! Wszyst­kie dzie­ci zna­la­zły swo­ich opie­ku­nów. Dy­rek­tor ośrod­ka pisał póź­niej, że dzie­ci na­wią­za­ły stały kon­takt z ro­dzi­na­mi, że od tam­tej pory były czę­sty­mi go­ść­mi w ich do­mach, zo­ba­czy­ły jak może funk­cjo­no­wać ro­dzi­na. Szym­bar­cza­nie po­czu­li się od­po­wie­dzial­ni za dzie­ci. Kiedy te opusz­cza­ły dom dziec­ka, po­ma­ga­li im urzą­dzać miesz­ka­nia, wy­sy­ła­li na stu­dia. To wszyst­ko za spra­wą je­de­na­sto­let­nie­go chłop­ca, który po­sta­no­wił zro­bić dobry uczy­nek…

Jeden z wy­cho­wan­ków tam­te­go Domu Dziec­ka, jest dziś pro­fe­so­rem. Po­wie­dział mi o tym ów­cze­sny dy­rek­tor pla­ców­ki. Do­tar­łem do niego i do Antka, dziś pra­wie 50-let­nie­go męż­czy­zny. Pró­bo­wa­li­śmy po­wtó­rzyć apel sprzed 30 lat, ale dziś w Szym­bar­ku miesz­ka­ją inni lu­dzie – obo­jęt­ni na po­trze­by dzie­ci z domu dziec­ka w Za­gó­rza­nach.

Nikt nie chciał wziąć dzie­ci na wa­ka­cje?

Na 20 ro­dzin, które za­py­ta­li­śmy, zgo­dzi­ły się za­le­d­wie trzy. Lu­dzie tłu­ma­czy­li, że mają wła­sne dzie­ci, że nie mają czasu, albo wa­run­ków. A dom jak z ka­ta­lo­gu i sa­mo­chód świe­żo zre­pe­ro­wa­ny na pod­jeź­dzie. Co się stało, że lu­dzie tak się po­zmie­nia­li?

Po­wiem może na­zbyt ba­nal­nie, ale lu­dzie prze­sta­li się lubić. A lubić się po­win­ni, co wcale nie jest takie łatwe. Lu­dzie za­czę­li żyć osob­no, za­czę­li na sie­bie war­czeć, już pra­wie za­po­mnie­li o sło­wie „prze­pra­szam”. To ma­gicz­ne słowo zo­sta­ło skre­ślo­ne, po­dob­nie jak przy­ka­za­nie o mi­ło­ści bliź­nie­go, bo ono nie funk­cjo­nu­je już spo­łecz­nie. Nie wiem kto je skre­ślił. Ale ten ktoś od­po­wia­da naj­pew­niej za obo­jęt­ność szym­bar­skich ro­dzin.

Ostat­nio zo­sta­łem po­trą­co­ny łok­ciem na ulicy przez mło­de­go męż­czy­znę. Ten, prze­szedł obo­jęt­nie, nie prze­pro­sił, nawet się nie ob­ró­cił. Pod­sze­dłem więc do niego i mówię: „Przy­kro mi, że jest pan ka­le­ką. Bo nie­zdol­ność wy­po­wie­dze­nia słowa „prze­pra­szam”, gdy po­trą­ca się star­ca, jest ka­lec­twem”.

Mówi to czło­wiek, który wy­my­ślił psa Pan­kra­ce­go, gąb­cza­stą pa­cyn­kę, która z nie­by­wa­łym wdzię­kiem uczy­ła dzie­ci ma­gicz­ne­go PDP – pro­szę, dzię­ku­ję, prze­pra­szam…

Teraz le­ci­wy Pan­kra­cy od­po­czy­wa u mnie w domu, w jed­nej z za­ku­rzo­nych wa­li­zek po­dróż­nych. Wzią­łem go do sie­bie, bo na po­cząt­ku lat 90. urzą­dzo­no wiel­kie po­rząd­ko­wa­nie w te­le­wi­zji i  ma­ga­zy­nie­rzy chcie­li go wy­rzu­cić na śmiet­nik.

Pan­kra­ce­mu to­wa­rzy­szą Miś Usza­tek i przy­ja­ciel Uszat­ka – Za­ją­czek…

Ich rów­nież spo­tkał­by ten los.  Nie chcia­łem by po­szli na zmar­no­wa­nie, a tak dziś bawią moje wnuki.

Miś i Pan­kra­cy afir­mo­wa­li ser­decz­ność, uczci­wość, lo­jal­ność, przy­jaźń. Dziś nie ma dla nich miej­sca w me­diach?

Dziś znaj­du­ją się w wa­liz­ce sta­re­go Zi­miń­skie­go, bo war­to­ści o któ­rych wspo­mnia­łeś, trak­tu­je się na­zbyt po­wierz­chow­nie, skró­to­wo, na­da­je im się inny kon­tekst, wy­ko­rzy­stu­je do nie­czy­stych gie­rek. Widzę w te­le­wi­zji re­kla­mę tak prze­strzen­ne­go jak dro­gie­go sa­mo­cho­du i sły­szę: „Chcesz za­dbać o swoją ro­dzi­nę? Je­steś od­po­wie­dzial­nym mężem i ojcem? Kup nasz sa­mo­chód”. To zna­czy, że jak mnie nie bę­dzie stać na takie auto, to nie będę od­po­wie­dzial­nym ojcem i mężem? Po­dob­nie wy­ko­rzy­stu­je się wy­mie­nio­ne przez cie­bie war­to­ści, które w pier­wot­nym zna­cze­niu stały się ar­cha­izma­mi, po­dob­nie jak grzecz­ność.

Jak po­ka­zy­wa­li­śmy w te­le­wi­zji Pan­kra­ce­go, to dzie­cia­ry pi­sa­ły listy, które póź­niej od­czy­ty­wa­li­śmy na an­te­nie. Brały udział w licz­nych kon­kur­sach, jak choć­by na naj­pięk­niej­sze psie imię. Dzie­cia­ki ko­cha­ły Pan­kra­ce­go, a on śpie­wał im pio­sen­ki, które póź­niej roz­brzmie­wa­ły na każ­dym osie­dlu. Wiesz dla­cze­go?

Dla­cze­go?

Bo myśmy oka­zy­wa­li na­szym wi­dzom sza­cu­nek i za­ufa­nie. De­mon­stro­wa­li­śmy nasze uczu­cia chwa­ląc dzie­ci za każdy na­de­sła­ny wier­szyk, każdą na­ma­lo­wa­ną laur­kę. Cała za­ba­wa po­le­ga na tym, by widz czuł, że ob­da­rza się go sza­cun­kiem i za­ufa­niem. Dzię­ki temu mo­gli­śmy z cza­sem pod­po­wia­dać na­szym mło­dym od­bior­com różne rze­czy. Mó­wi­li­śmy – Krzyś z Szy­ma­no­wa prze­słał prze­pięk­ny karm­nik dla pta­ków, dzię­ki któ­re­mu nasi skrzy­dla­ci przy­ja­cie­le prze­ży­ją zimę. Nie na­ma­wia­li­śmy bez­po­śred­nio, by inni bu­do­wa­li po­dob­ne karm­ni­ki. Tylko chwa­li­li­śmy Krzy­sia. Po emi­sji pro­gra­mu do re­dak­cji za­czę­ły la­wi­no­wo spły­wać karm­ni­ki.

Na tym wła­śnie po­le­ga Me­to­da In­spi­ra­cyj­ne­go Dia­lo­gu – po­ję­cia, któ­re­go jest pan twór­cą?

Mó­wiąc krót­ko, in­spi­ra­cyj­ny dia­log po­le­ga na za­stą­pie­niu po­ucza­nia oka­zy­wa­niem za­ufa­nia i po­ka­zy­wa­nia współ­dzia­ła­niem. Zaraz to wy­tłu­ma­czę. W 1957 roku zo­rien­to­wa­li­śmy się że ogrom­na ilość dzie­ci nie wy­jeż­dża na żadne wa­ka­cje. My dzien­ni­ka­rze „Świa­ta Mło­dych” do­szli­śmy do wnio­sku, że je­ste­śmy im po­trzeb­ni.  Nie tym, któ­rzy sie­dzą na ko­lo­niach, któ­rzy są dy­ry­go­wa­ni przez in­struk­to­rów, pe­da­go­gów i wy­cho­waw­ców.

By­li­śmy po­trzeb­ni tym, któ­rzy sami or­ga­ni­zo­wa­li się w swo­ich kum­plow­skich gru­pach, mą­drzej mó­wiąc gru­pach ró­wie­śni­czych, gdzie za­wsze jest jakiś lider, prze­kła­da­jąc znów na język mło­dzie­ży, gdzie jest wódz.

Czy mówi Pan o mło­dzie­ży za­nie­dba­nej?

Mówię o zna­ko­mi­tej więk­szo­ści dzie­cia­ków z tak zwa­nych „nor­mal­nych domów”, które spę­dza­ją wolny czas na po­dwór­ku. Kiedy mówię wolny czas, mam na myśli chwi­le, kiedy dzie­ci same, bez in­ge­ren­cji opie­ku­nów, de­cy­du­ją o tym, co mają robić, sami do­ko­nu­ją ocen, sami się chwa­lą albo sami mają do sie­bie pre­ten­sje. Naj­waż­niej­sze, że do­ko­nu­ją tych ocen w spo­sób au­ten­tycz­ny, szcze­ry, po­dej­mu­jąc bar­dziej lub mniej roz­sąd­ne dzia­ła­nia. Pa­mię­taj­my, że po­dwór­ko jest ko­lej­nym – po szko­le i domu wy­mia­rem – gdzie ży­wio­ło­wo re­ali­zu­je się świat dziec­ka. To tam, pod trze­pa­kiem, można się po­czuć Ko­lum­bem na most­ku ka­pi­tań­skim…

Wy­obraź­nia dzie­cię­ca, zwłasz­cza chło­pac­ka, jest zwi­chro­wa­na. Mal­com przy­cho­dzą cza­sem  do głowy psi­ku­sy. Ich ener­gia, po­my­sło­wość, ak­tyw­ność to jed­nak ogrom­ny po­ten­cjał, który tylko  wy­star­czy ska­na­li­zo­wać w po­ży­tecz­ne dzia­ła­nia. Przy­kład? Przed laty zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy z ko­le­ga­mi ze Świa­ta Mło­dych Wy­pra­wę Ty­sią­ca Przy­gód. To była za­ba­wa, w któ­rej sta­wia­li­śmy na­szym czy­tel­ni­kom prze­róż­ne za­da­nia do wy­ko­na­nia. To były inne czasy, Pol­ska nie wy­szła jesz­cze z kosz­ma­ru wojny. Nasi czy­tel­ni­cy nie mieli czę­sto gdzie się po­dziać. Ich po­dwór­ka za­sy­pa­ne były jesz­cze gru­zem. Na­ma­wia­li­śmy ich więc, by bu­do­wa­li place zabaw, or­ga­ni­zo­wa­li wy­pra­wy przy­rod­ni­cze, do­ko­ny­wa­li od­kryć.

Czemu słu­ży­ły ich od­kry­cia?

Każda akcja nie ogra­ni­cza­ła się wy­łącz­nie do do­brej za­ba­wy, nio­sła jakiś wy­mier­ny sku­tek. Wy­pra­wy przy­rod­ni­cze pod­no­si­ły po­ziom wie­dzy z bio­lo­gii i uwraż­li­wia­ły mło­dych ludzi na po­trze­by zwie­rząt. W la­tach 50. po­wsta­ło też wiele pla­ców zabaw. Dzie­ci od­gru­zo­wy­wa­ły teren, do­ro­śli po­ma­ga­li im w bu­do­wa­niu huś­ta­wek.

Kie­dyś z Ja­nu­szem Do­ma­ga­li­kiem wy­my­śli­li­śmy „Astro­ek­spe­dy­cję”. Był rok 1957. Zwią­zek Ra­dziec­ki wy­strze­lił pierw­szy sput­nik. Po­wie­dzie­li­śmy na­szym czy­tel­ni­kom, by za­czę­li przy­go­to­wy­wać się do wy­pra­wy w ko­smos. Do­ro­słość miała ich prze­cież za­stać w cza­sach ko­smicz­nych po­dró­ży.  „Świat Mło­dych” dru­ko­wał skła­dy załóg i wy­zna­czał spe­cja­li­za­cje za­an­ga­żo­wa­nym  w akcję czy­tel­ni­kom – astro­na­wi­ga­to­ra, astro­ku­cha­rza, astro­tro­pi­cie­la i wielu in­nych.  Dzie­ci z kolei mu­sia­ły skła­dać ra­por­ty o sta­nie swo­ich przy­go­to­wań, ob­ser­wo­wać gwiaz­dy i do­ko­ny­wać ob­li­czeń. W ten bez­bo­le­sny spo­sób fun­do­wa­li­śmy im wie­dzę po­pu­lar­no-na­uko­wą.

Pan i ko­le­dzy ze „Świa­ta Mło­dych” zo­sta­nie­cie rów­nież za­pa­mię­ta­ni jako po­grom­cy du­chów…

Jeśli tak, to rów­nież za spra­wą Wy­pra­wy Ty­sią­ca Przy­gód. Wła­śnie w ra­mach tej akcji po­sta­no­wi­li­śmy za­ata­ko­wać istot­ny, a jed­no­cze­śnie rzad­ko po­dej­mo­wa­ny w pracy wy­cho­waw­czej, pro­blem dia­błów, stra­chów i za­bo­bo­nów. Pa­no­wa­ło, może i dziś pa­nu­je takie prze­ko­na­nie, że na cmen­ta­rzu stra­szy, w piw­ni­cy stra­szy, w po­ko­ju przy zga­szo­nym świe­tle stra­szy. No to myśmy po­sta­no­wi­li od­cza­ro­wać te piw­ni­ce i za­chę­ca­li­śmy dzie­ci do spraw­dza­nia miejsc, w któ­rych stra­szy. W tym cza­sie żoł­nie­rze oczysz­cza­li pola z min, które po­zo­sta­ły jesz­cze po woj­nie. W wielu miej­scach po­ja­wia­ły się ta­blicz­ki z in­for­ma­cją” Spraw­dzo­no. Min nie ma”. Nasi czy­tel­ni­cy po­zo­sta­wia­li z kolei  po sobie ta­blicz­ki „Spraw­dzo­no. Nie stra­szy”.

I w ten spo­sób na­pro­wa­dza­li­ście dzie­ci na za­gad­nie­nia świa­to­po­glą­do­we.

A warto za­uwa­żyć, że ro­bi­li­śmy to w cza­sach, nie sprzy­ja­ją­cych po­dob­nym roz­wa­ża­niom.

Pisał Pan przed 30 laty „Od­po­wiedź na py­ta­nie „jak żyć?” udzie­la­na lu­dziom, a szcze­gól­nie mło­dym lu­dziom przez sys­tem ka­pi­ta­li­stycz­ny, po­wo­du­je bier­ność spo­łecz­ną i kul­tu­ral­ną, pre­zen­tu­je „ideał” życia uła­twio­ne­go w cza­sie wol­nym od pracy. Z pod­mio­tu roz­wo­ju spo­łecz­ne­go czło­wiek ma stać się przed­mio­tem”. Czy Pań­ski po­gląd spraw­dził się we współ­cze­snej Pol­sce?

Dziś ten po­gląd jest bo­le­śnie ak­tu­al­ny… i pro­szę mi wie­rzyć, nie wy­ni­ka on z chęci de­pre­cja­cji obec­ne­go sys­te­mu, czy glo­ry­fi­ka­cji po­przed­nie­go, który poza oczy­wi­sty­mi okro­pień­stwa­mi, miał swoje jasne stro­ny. Myśmy, mam tu na myśli ko­le­żan­ki i ko­le­gów z Te­le­wi­zji Dziew­cząt i Chłop­ców, nie wie­rzy­li w grzech pier­wo­rod­ny te­le­wi­zji, która ja­ko­by musi być”kinem do­mo­wym”, od­cią­ga­ją­cym dziec­ko od ak­tyw­ne­go udzia­łu w za­ba­wie, dzia­łal­no­ści spo­łecz­nej, czy­ta­nia ksią­żek, zajęć kul­tu­ral­nych. Za­kła­da­li­śmy ak­tyw­ność z dru­giej stro­ny ekra­nu i nie po­my­li­li­śmy się. Żar­to­bli­wie mó­wi­li­śmy o sobie „so­cja­li­stycz­na bab­cia do za­ba­wia­nia wnu­ków” na serio na­zy­wa­li­śmy to współ­ist­nie­niem te­le­wi­zji i widza.

Dziś na­zy­wa się to part­ner­stwem.

Ja dziś nie od­czu­wam tego part­ner­stwa. To wy­świech­ta­ny slo­gan. Part­ner­stwo dla sa­me­go part­ner­stwa. In­fan­tyl­ne part­ner­stwo, które nie nie­sie żad­nych po­zy­tyw­nych tre­ści, nie pro­po­nu­je nic kon­struk­tyw­ne­go. Ob­ja­wia się tym, że pro­gra­my dla dzie­ci pro­wa­dzą dzie­ci, albo lu­dzie kom­plet­nie do tego nie przy­go­to­wa­ni, mo­ral­nie i za­wo­do­wo.

Zatem znów wrócę do prze­szło­ści. Prze­czy­tam frag­ment pew­ne­go ma­ni­fe­stu: „Być wam uży­tecz­ną, na­uczać was i za­ba­wiać, do­po­ma­gać ile w mocy jest mojej do roz­krze­wia­nia w ser­cach wa­szych…” – Po­tra­fi pan do­koń­czyć?

„… czy­stej mi­ło­ści cnoty, ten jest mój zawód cały, to naj­go­ręt­sze moje pra­gnie­nie” – to słowa Kle­men­ty­ny Hof­f­ma­no­wej. Zda­nie, które przed chwi­lą razem wy­re­cy­to­wa­li­śmy otwie­ra­ło pierw­szy numer, pierw­sze­go w Pol­sce cza­so­pi­sma dla dzie­ci. To był rok 1824, a ga­ze­ta na­zy­wa­ła się „Roz­ryw­ki dla Dzie­ci”.

Szko­da, że dziś te słowa brzmią tak na­iw­nie, praw­da?

Szko­da, że uwa­ża­my je za na­iw­ne…

Ale za­cho­wał je Pan gdzieś z tyłu głowy, pra­cu­jąc z mło­dzie­żą przez kil­ka­dzie­siąt lat – jako dzien­ni­karz i wy­kła­dow­ca.

Bo dla mnie ten ma­ni­fest jest wciąż ak­tu­al­ny. Lubię mówić, że dzien­ni­kar­stwo dla dzie­ci ma w sobie coś z wy­pra­wy od­kryw­czej. Wy­pra­wy, która po­ru­sza­jąc się w ogrom­nym bo­gac­twie spraw i pro­ble­mów musi cią­gle szu­kać, cią­gle do­ko­ny­wać od­kryć i cią­gle się zmie­niać. Dzien­ni­karz musi nie­ustan­nie szu­kać ta­kie­go miej­sca w świe­cie dziec­ka, w któ­rym jest po­trzeb­ny z punk­tu wi­dze­nia od­bior­cy i po­ży­tecz­ny z punk­tu wi­dze­nia wy­cho­waw­cy.

Wy­cho­dzi na to -  po­zo­sta­jąc przy pań­skiej po­ety­ce -  że dziś ogrom­na więk­szość dzien­ni­ka­rzy i wy­cho­waw­ców mło­dzie­ży błą­dzi…

Może nie mam prawa tak mówić, ale boję się, że wśród osób pra­cu­ją­cych na eta­tach na­uczy­cie­li, mało jest praw­dzi­wych wy­cho­waw­ców, któ­rzy umie­ją, któ­rzy ro­zu­mie­ją na czym pro­ces wy­cho­wa­nia może po­le­gać.

Wy­cho­dzę na spa­cer i sły­szę jakim ste­kiem wy­zwisk ob­rzu­ca­ją się kil­ku­na­sto­let­ni ucznio­wie po­bli­skiej szko­ły, widzę pod domem po­ła­ma­ne drzew­ka, znisz­czo­ne ławki. A gdyby zro­bić rzecz nie­sły­cha­nie pro­stą? Gdyby na każ­dej ławce na­pi­sać „ta ławka jest pod opie­ką klasy 2 B”, a na na­stęp­nej dodać „tę ławkę po­ma­lo­wa­ła klasa 3C”. Może na­stęp­nym razem mło­do­cia­nym wan­da­lom zro­bi­ło­by się żal wła­snej pracy?

Pod moim blo­kiem po­sa­dzo­no ostat­nio osiem drze­wek. Zo­sta­ło tylko jedno. A gdyby każde drzew­ko oddać jed­nej kla­sie i po­wie­sić ta­blicz­kę? Może by nie zła­ma­li. W każ­dym razie nie wszyst­kie. Wra­cam ob­se­syj­nie do za­ufa­nia i umie­jęt­no­ści wy­ra­ża­nia sza­cun­ku swoim pod­opiecz­nym.

Czasy się zmie­ni­ły. Fun­da­men­ty na któ­rych bu­do­wał pan re­la­cje ze swo­imi pod­opiecz­ny­mi wy­da­ją się dziś być kru­che, a in­stru­men­ty, które wy­ko­rzy­sty­wał pan do in­spi­ro­wa­nia mal­ców łatwo dziś pod­wa­żyć. Przy­kład? Dziś na­ma­wia­jąc dzie­ci, by za­glą­da­ły w za­ka­mar­ki ciem­nych piw­nic, oskar­żo­ny zo­stał­by pan o na­ra­że­nie ich na nie­bez­pie­czeń­stwo.  A już nie wspo­mnę o dużo po­waż­niej­szych za­rzu­tach, któ­rych wy­cho­waw­cy oba­wia­ją się, ob­cu­jąc z dzieć­mi…

Py­ta­nie czy to świat zwa­rio­wał, czy ja? Jak bu­do­wać re­la­cję z dziec­kiem, jed­no­cze­śnie nie mogąc mu oka­zać bli­sko­ści? Jak na­uczyć go, by ufał, mó­wiąc jed­no­cze­śnie, by nie ufał?

A więc jak dziś bu­do­wać re­la­cję z dziec­kiem?

Nie chcę się­gać do swo­ich wspo­mnień, bo je­stem star­cem pod­par­tym ko­stu­rem, ale w tym mo­men­cie zro­bię wtręt pre­hi­sto­rycz­ny. Otóż w 1949 roku pro­wa­dzi­łem ko­lo­nię zu­cho­wą hufca Mo­ko­tów. Latem wy­je­cha­li­śmy na Ka­szu­by, na biwak. Mia­łem pod swoją opie­ką około trzy­dzie­stu chło­pa­ków, a wśród nich jed­ne­go urwi­sa Jurka, z któ­rym ani ja, ani moi ko­le­dzy, nie mo­gli­śmy sobie dać rady. I wtedy wpa­dłem na po­mysł, mo­gło­by się wy­da­wać idio­tycz­ny. Na po­ran­nym apelu ogło­si­łem, że ów Jurek zo­sta­je mia­no­wa­ny moim za­stęp­cą. Urwis za­stęp­cą?dzi­wi­li się wszy­scy, ale ten szczyl stał się nagle innym chłop­cem. Po­czuł się ob­da­rzo­ny  za­ufa­niem. Odtąd gor­li­wie pil­no­wał po­rząd­ku, a ja mo­głem po­pi­jać her­ba­tę z za­ło­żo­ny­mi rę­ko­ma. Dla­cze­go? Bo wie­dzia­łem, że ten chło­pa­czek nad wszyst­kim czuwa. Pa­mię­tam do­kład­nie jak po po­wro­cie do War­sza­wy przy­szła do mnie jego mama i po­wie­dzia­ła: Druhu, co druh zro­bił z moim synem? Ja go w ogóle nie po­zna­ję.

Oka­zu­je się, że takie ma­gicz­ne spo­so­by dzia­ła­ją. To brzmi pew­nie jak sa­mo­chwal­stwo, ale pro­szę to po­trak­to­wać, jako su­ge­stię na­tu­ry wy­cho­waw­czej. Po­wta­rzam do znu­dze­nia, wy­cho­waw­cy za­wo­do­wi i ro­dzin­ni, oka­zu­jąc za­ufa­nie macie szan­sę osią­gnąć za­mie­rzo­ny efekt. Bo w końcu nie ma nic pięk­niej­sze­go, niż pro­wa­dzić spryt­ną dzia­łal­ność, aż w końcu do­cze­ka się, że taki szkrab sam za­pro­po­nu­je to, do czego my chcie­li­śmy go skło­nić. I wtedy się go po­chwa­li. Powie „Brawo! Ale masz fajny po­mysł” – To jest cu­dow­ny efekt w pro­ce­sie wy­cho­wa­nia.

Pan chyba jest czło­wie­kiem szczę­śli­wym…

Nie na­rze­kam. Mam za sobą cie­ka­we życie, po­zna­łem wielu fan­ta­stycz­nych ludzi. Mam ko­cha­ją­cą żonę i dwóch wspa­nia­łych synów. Mam też przy­ja­ciół. Do nie­daw­na pra­co­wa­łem na uczel­ni, gdzie mo­głem cie­szyć się kon­tak­tem z mło­dzie­żą. Tracę wpraw­dzie wzrok, ale po­wta­rzam sobie, że prze­czy­ta­łem prze­cież już w życiu wy­star­cza­ją­co dużo.

Mówi Pan o utra­cie wzro­ku tak po­god­nie…

A co, wo­lał­byś bym się za­mar­twiał? Oczy­wi­ście, mógł­bym. Każdy kto cier­pi, ma prawo się za­mar­twiać. Tylko po co? Czy coś przez to zmie­ni na lep­sze? Czy tylko przy­spo­rzy zmar­twień bli­skim? Po­wta­rzam, że każdy ma prawo tak ob­co­wać ze swoim cier­pie­niem, jak uważa za sto­sow­ne. Ale ja wolę brać to śmie­chem…

Mówi Pan jak bo­ha­ter filmu Be­ni­gnie­go „Życie jest pięk­ne”, który śmie­chem od­pę­dzał syna od kosz­ma­ru obozu kon­cen­tra­cyj­ne­go. Albo jak ak­to­rzy grupy Mon­thy Pyton, któ­rzy prze­ko­ny­wa­li, że „za­wsze warto spo­glą­dać na ja­śniej­szą stro­nę życia”…

Bo warto. Je­stem o tym prze­ko­na­ny, że warto. Za­wsze byłem. Zaraz po woj­nie i dziś. Myślę sobie, że świa­ta pew­nie nie uda nam się na­pra­wić, ale można spró­bo­wać uczy­nić go odro­bi­nę we­sel­szym. Ważne w tym wszyst­kim jest, by mieć też przy sobie kogoś bli­skie­go. Kogoś, kogo się kocha i przez kogo jest się ko­cha­nym. I po­wiem ba­nal­nie, trze­ba mieć w życiu ja­kieś za­ję­cie. Takie za­ję­cie, w które można uciec, które czyni nasze życie bar­dziej war­to­ścio­wym, które spra­wia, że czu­je­my się po­trzeb­ni.

Kto Pana tego na­uczył? 

Wy­mie­nię tylko jedną osobę. To był mój oj­ciec, który nie­ste­ty opu­ścił mnie dość wcze­śnie. Mama zmar­ła jesz­cze wcze­śniej, kiedy mia­łem osiem lat. Zo­sta­li­śmy z ojcem we dwóch. By­li­śmy mocno za­przy­jaź­nie­ni. On po­sia­dał nie­sły­cha­ną umie­jęt­ność roz­mo­wy z dzie­cia­ra­mi. Dzie­cia­ry się do niego kle­iły! Kiedy jeź­dzi­li­śmy na let­ni­sko, to nie mógł się od nich opę­dzić. Pew­nie mam to po nim. Dość po­wie­dzieć, że gdy cho­dzi­łem do li­ceum, to pi­sa­łem wier­szy­ki dla kil­ka­na­ście lat młod­szej sio­stry. Pi­sa­łem, bo wi­dzia­łem, że spra­wia to jej przy­jem­ność. Star­szy Ma­ciuś na­pi­sał wier­szyk – mó­wi­ła…

Jest Pan sen­ty­men­tal­ny?

Je­stem typem ko­lek­cjo­ne­ra. Ko­lek­cjo­ne­ra – śmie­cia­rza, ale zbie­ram tylko war­to­ścio­we śmie­ci. Książ­ki, za­pi­ski, do­ku­men­ty.

Czy jest Pan pa­trio­tą?

A wiesz co ro­zu­miem przez pa­trio­tyzm?

Je­stem cie­kaw.

Pa­trio­tyzm to umie­jęt­ność życia w spo­łe­czeń­stwie. To życie na po­ży­tek tego spo­łe­czeń­stwa.

A w te­le­wi­zji mówią, że pa­trio­tyzm…

Będę się teraz mą­drzył, więc wy­bacz mi pro­szę. Strasz­nie jest modne mó­wie­nie o misji te­le­wi­zji. To sfor­mu­ło­wa­nie pada kilka razy dzien­nie. Po­wiem więc, może na­iw­nie, jak ja ro­zu­miem, misję te­le­wi­zji – Misja to po­ka­zy­wa­nie do­brych ludzi. To za­chę­ca­nie ludzi do do­brych dzia­łań, to przy­po­mi­na­nie lu­dziom o ist­nie­niu słowa pro­szę, dzię­ku­ję, prze­pra­szam. Misja jest wtedy, kiedy przy­po­mi­na się kie­row­com, że kie­run­kow­skaz służy, by po­ka­zać dru­gie­mu kie­row­cy swój za­miar.

Misja te­le­wi­zji, przy całym jej „po­ka­zy­wac­twie”,  to oka­zy­wa­nie sza­cun­ku wi­dzo­wi, a nie my­dle­nie oczu pa­nien­ka­mi, które śli­zga­ją się na łyż­wach, które kręcą pu­pa­mi na par­kie­cie – wzdy­cham tutaj – niech te pupy się kręcą. Sam bar­dzo lubię, jak pupy się kręcą, tylko nie to po­win­no sta­no­wić pod­sta­wo­wą treść prze­ka­zu. Misja to współ­ży­cie z wi­dzem, to pomoc wi­dzo­wi. Nie ogłu­pia­nie, nie stra­sze­nie, nie men­tor­stwo, tylko chwa­le­nie za każdą dobrą rzecz, którą widz zro­bił…

awans

About these ads

Informacje o Ania Sawczuk doradca zawodowy / doradca kariery / doradca przedsiębiorczości, trener

Doradca przedsiębiorczości: http://annasawczuk.wordpress.com Doradca kariery: http://pracaikariera.wordpress.com
Ten wpis został opublikowany w kategorii Doradca: Praca i Kariera Zawodowa, Prezentacja zawodów, Przepis na udane życie i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Pan Niewidzialna Ręka

  1. Ania Sawczuk pisze:

    Planete pokazuje właśnie film o Panu Zimińskim:
    http://www.planeteplus.pl/dokument-maciej-ziminski_33344. Zapraszam do oglądania i inspirowania się.
    I moje mądrowanie się:
    Jak zwykle ważne jest, DLACZEGO coś robisz.
    Jakie są Twoje wewnętrzne motywacje do pracy?
    Jakie wartości realizujesz?
    Czemu jesteś wierny?
    Co chcesz przekazać?
    Komu chcesz pomóc? I jak?
    Pomyśl o tym.

  2. Majka pisze:

    Tez mnie to zafrapowało, bo taka mizeria w dzisiejszych czasach w telewizji.
    Dodaje inny link: gogaga.pl/?mod=magazyn&action=artykul&id=95

    SYLWETKA- MACIEJ ZIMIŃSKI – PAN NIEWIDZIALNA RĘKA
    Tekst: Monika Brzywczy
    Ilustracje: z archiwum Macieja Zimińskiego

    Hasło tego numeru GAGI otworzyło zapomnianą szufladkę pamięci. Niewidzialne? Niewidzialni? „Niewidzialna Ręka”! Tak, tak, ten kultowy program telewizyjny sprzed lat, w którym pojawiał się tajemniczy cień, kontur postaci i namawiał dzieciaki, by pomagały innym.

    Postanowiłam sprawdzić, kto był jego twórcą. Niezastąpiona Wikipedia wskazała trop. Pan Maciej Zimiński, dziennikarz z wieloma dekadami doświadczeń telewizyjnych, okazał się nie tylko pomysłodawcą „Niewidzialnej Ręki”, ale też „Pankracego”, „Ekranu z bratkiem” i „Teleferii”! W tym roku skończył 80 lat, ale może uda się namówić go na rozmowę i wspomnienia? Znalazłam kontakt do syna – Wojciecha Zimińskiego, również dziennikarza znanej stacji telewizyjnej. Udało się! Junior przekazał mi dobre wiadomości o seniorze, który jest jak najbardziej skory do spotkań z dziennikarzami, ale pechowo akurat zachorował. Umówiliśmy się na telefon za ami, ale pechowo akurat zachorował. Umówiliśmy się na telefon za tydzień, ale, niestety, stan zdrowia nadal nie pozwalał Panu Maciejowi na wywiad. O ojcu postanowił więc opowiedzieć nam jego syn.

    Tato, przynieś mi czołg
    – Ojciec przepracował w telewizji 25 lat. Właściwie wszystkie moje wspomnienia dotyczące jego życia zawodowego wiążą się z Woronicza. Zaczął występować na wizji, kiedy byłem bardzo mały. Pamiętam, jak stałem przed odbiornikiem – takim jednym z pierwszych – i wydawałem mu polecenia, co z rzeczy, które pokazuje, np. jakiś bardzo fajny czołg, ma mi przynieść do domu. Niestety, nie robił tego, a ja nie mogłem zrozumieć, że on nie słyszy, co do niego mówię. Ale
    oczywiście ze względu na ojca z telewizji miałem przody na podwórku czy w szkole. On był wtedy bardzo popularny. Nie sposób tego porównać do dzisiejszej popularności gwiazd TV. Bo wtedy były tylko dwa kanały, dziś jest ponad 100… W programach co prawda nie uczestniczyłem, ale byłem dzieckiem telewizyjnym, sporo czasu spędziłem na korytarzach i w studiach nagraniowych na Woronicza. Najfajniejsze miejsce? Dla mnie, chłopaka, to chyba reżyserka, nie dość, że wszystko widać jak na dłoni, to jeszcze te kolorowe przyciski! Byłem też zafascynowany ludźmi, aktorami, których tam poznałem. Na przykład taki „Ekran z bratkiem”, częściowo wymyślony przez ojca, w którym on był także prezenterem, tam było mnóstwo osobowości…

    Być Niewidzialną Ręką!
    Rzeczywiście blok programów edukacyjno-rozrywkowych emitowany pod tą nazwą między 1964 a 1978 rokiem w czwartki w paśmie popołudniowym (np. 16.40 – 17.40) zrzeszał wiele telewizyjnych osobowości: Lech Pijanowski prowadził kącik gier umysłowych, Adam Słodowy doradzał majsterkowiczom, a Stanisław Supłatowicz – Sat-okh’em, „polski Indianin” – opowiadał historie o Dzikim Zachodzie. Na koniec emitowano odcinek któregoś z popularnych seriali: „Stawiam na Tolka Banana”, „Pippi Langstrumpf”, „Szaleństwo Majki Skowron”, „Był sobie człowiek”, „Podroż za jeden uśmiech” czy „Wakacje z duchami”. W każdym schorowanym i ubogim. Można było narąbać drewna na opał, przynieść wodę ze studni albo zakupy ze sklepu, umyć okna, choć zdarzały się też akcje na większą skalę, jak zorganizowanie wakacji wiejskim dzieciom przez ambitnego chłopca z Gorlic. Jeden warunek – należało pozostać „niewidzialnym”. Młodym dobroczyńcom nie wolno było się chwalić swoimi uczynkami. Pozostawiali jedynie kartki z odciśniętą w atramencie ręką i prośbą, by osoba, której udzielono pomocy, odesłała druczek z informacją, co dla niej zrobiono, na Woronicza. Akcja „Niewidzialna Ręka” trwała 25 lat, w swoim najlepszym okresie miała (podobno, bo nikt wtedy dokładnie tego nie liczył) nawet około 200 tysięcy członków! Mimo że emisja programu skończyła się dawno temu, ludzie ciągle o niej pamiętają, często dzwonią do Pana Macieja i proszą o wypowiedzi na jej temat.

    Harcerz sprowadza Zorro
    – Ojciec od zawsze był harcerzem i idee ZHP na pewno wywarły na niego duży wpływ – opowiada syn. Genezy „NR” należy szukać w tych doświadczeniach oraz w „Świecie Młodych” – w wieku zaledwie 22 lat Zimiński został sekretarzem jego redakcji. Tak relacjonuje swoje doświadczenia: – Po październiku 1956 roku uświadomiliśmy sobie w gazecie, że większość „dzieciarów” nie ma co robić w wakacje i że my, dziennikarze, jesteśmy im bardzo potrzebni. Powołaliśmy do życia
    Wyprawę Tysiąca Przygód. Mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem, które nazwaliśmy inspiracyjną funkcją gazety. Staliśmy się starszymi kumplami czytelników, partnerami, którym mogli i chcieli ufać. Do redakcji zgłaszały się podwórkowe grupy „dzieciarów”, by mierzyć się z zadaniami, które wynajdywali im Zimiński i Janusz Domagalik, ówczesny redaktor naczelny „Świata Młodych”. Akcje, które doskonale sprawdziły się na łamach, pan Maciej postanowił przeszczepić na wizję, kiedy w 1965 roku został zastępcą redaktora naczelnego programów dziecięco-młodzieżowych w TVP. Za jego radą zresztą Naczelną Redakcję Programów dla Dzieci przemianowano na Telewizję Dziewcząt i Chłopców. Partnerską, kumpelską i inspiracyjną. To również on sprowadził do Polski „Zorro”. Na murach miast zaczęła się pojawiać litera „Z”.

    Zasada PDP
    Pierwszym programem wymyślonym przez niego w telewizji był „Klub pancernych”, który powstał na fali wielkiej popularności serialu „Czterej pancerni i pies”. – Na nim wypróbowaliśmy coś, co potem nazwaliśmy metodą inspiracyjnego dialogu. Namawialiśmy telewidzów na wspólne działanie – opowiada Pan Maciej. Zamiast
    wychowywać politycznie, kształtowali pozytywne społeczne postawy, żeby patrzeć na drugiego człowieka z życzliwością, umieć pomoc, coś zrobić. – To była fajna cecha tamtej telewizji, że ona zachęcała do robienia czegoś. To nie polegało tylko na takim biernym gapieniu się w ekran. Była „Niewidzialna Ręka”, był Słodowy, po skończeniu programu zostawała inspiracja do działania. Myślę, że ojciec zwyczajnie lubił swoją pracę, a poza tym miał „obsesję”, żeby to czemuś służyło – dopowiada syn. Może dlatego propagował również zasadę PDP, czyli Proszę, Dziękuję, Przepraszam. – Chodziło o jedno magiczne słowo – dobroć – tłumaczy Maciej Zimiński. – Żeby być dobrym, życzliwym, żeby się uśmiechnąć do drugiego człowieka. To nic nie kosztuje.

    P.S. GAGA życzy Panu Maciejowi zdrowia!
    I ja też. I jeszcze równie zaangażowanych następców!

  3. Wiele osób tęskni za tymi czasami…(wystarczy poczytać komentarze tutaj: http://film.onet.pl/wiadomosci/publikacje/wywiady/pies-pankracy-czy-mnie-jeszcze-pamietacie,3816453,8003472,artykul-fotoreportaz-maly.html)
    Jest nas tak wielu – jak wskrzesić takie myślenie o tym, co robimy?

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Twitter picture

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s