Skazani na sukces
Marta Piątkowska 2012-04-27, ostatnia aktualizacja 2012-04-30 13:07
Są młodzi, skończyli studia, ale nie pracują w zawodzie. Czy dziś poszliby na te same studia i czy zgadzają się ze stwierdzeniem, że “polskie uczelnie produkują bezrobotnych”?
Tydzień temu w “Gazecie Wyborczej” Andrzej Klesyk, prezes PZU, w swoim artykule zarzucił wyższym uczelniom, że zamiast ludzi sukcesu kształcą młodych bezrobotnych. Przy okazji dostało się absolwentom, którzy jego zdaniem największy problem mają z analizą, selekcją informacji i podejmowaniem decyzji. Klesyk opisał, na kogo czekają pracodawcy. “Szukamy tych, którzy myślą samodzielnie, a nie tych, którzy potrafią zapamiętać klucze i schematy testów. Słowem – szukamy tych, którzy swoje mózgi trzymają w głowach, a nie w przenośnych komputerach. (…) Szukamy kogoś, kto np. jest zdolny do myślenia holistycznego i nieschematycznego, umie się uczyć i selekcjonować wiedzę, potrafi pracować w zespole lub w sieci, wie, jak zaplanować i wykonać na czas swoją pracę. Ma zdolność rozumienia innych i współczucia im, jest uczciwy, odważny, zdolny do stawiania sobie ambitnych celów i osiągania ich bez naruszania godności innych osób” – napisał m.in.
Znaleźliśmy pięć takich osób. Oto ich historie.
Jędrzej Kołtunowicz, 27 lat, Warszawa
z wykształcenia polonista, pracuje jako specjalista ds. serwisów internetowych i mediów społecznościowych
Nie ma czegoś takiego jak złe lub dobre studia, można tylko wybrać nieodpowiedni kierunek. Na przykład ja nie powinienem studiować polonistyki, bo to mało praktyczne, ale poszedłem na nią z lenistwa. Byłem finalistą olimpiady z języka polskiego i nie musiałem zdawać egzaminów. Przez pięć lat na uczelni miałem może dwa przydatne przedmioty. Pewnie gdybym studiował bardziej rynkowy kierunek, byłoby lepiej.
Teraz studia robi się po to, żeby mieć papier, a to głupota. Koleżanka mieszkająca w Niemczech mówi, że tam młodzi uczą się, żeby mieć zawód, bycie na przykład hydraulikiem to nie obciach. Zarabia się kupę kasy, jeździ dobrym samochodem i kupuje dom. W Polsce hydraulik to robol, ktoś gorszy, komu nie chciało się uczyć. Efekt jest taki, że wśród moich znajomych w zawodzie pracują tylko specjaliści. Ci chociażby po kulturoznawstwie musieli sobie jakoś radzić i zaczepić się w innych branżach.
Zawodowo w życiu pomogła mi inteligencja i to, że od ósmego roku życia korzystam z komputera. Do tego szybko się uczę, jestem otwarty na ludzi. Dodatkowo często słyszę, że powinienem zostać nauczycielem, bo umiem przekazywać wiedzę.
To, co osiągnąłem, zawdzięczam przede wszystkim wrodzonym umiejętnościom, na studiach nauczono mnie chyba tylko poprawnego języka.
Sposób na sukces?
Jak najszybciej zacząć robić to, co się kocha, bo to naturalny stymulator. Zdobywać kontakty i je pielęgnować. Wszystkie dotychczasowe prace dostałem nie po znajomości, ale dlatego, że ludzie zapamiętali mnie jako osobę kompetentną i później wiedzieli, gdzie mnie znaleźć. No i najważniejsze, nie być wrednym, nie robić innym krzywdy, tego nikt nie lubi. Z perspektywy czasu nie poszedłbym ponownie na polonistykę, wybrałbym za to kierunek zgodny z moimi zainteresowaniami. Może coś z muzyką? Studia nie są po to, żeby zdobyć zawód, tylko żeby się rozwinąć.
Aleksandra, 28 lat, Warszawa
z wykształcenia politolog ze specjalizacją prawno-kryminologiczną, pracuje jako asystentka dyrektor zarządzającej
Wszystko zależy od uczelni. Tam, gdzie studiowałam, a była to prestiżowa państwowa uczelnia, wykładowcy mieli nas w nosie. Nie skłamię, jeżeli powiem, że w 80 proc. przypadków przychodzili na zajęcia nieprzygotowani i w dodatku nie mieli charyzmy. Po pięciu latach wykładów pamiętam głównie ciekawostki, anegdoty i przypadki, które rozpatrywaliśmy. Czyli niewiele.
Studia dzisiaj nie dają nic poza papierkiem. Nawet znajoma po pielęgniarstwie nie pracuje w zawodzie. Posiedziała trochę na oddziale, dostała kilka razy pensję i doszła do wniosku, że to nie dla niej.
O sukcesie zawodowym decyduje wiara w to, że jest się dobrym w tym, co się robi, ale do tego potrzeba doświadczenia. Na początku najważniejsze, przynajmniej w moim zawodzie, okazały się dobra organizacja, łatwość nawiązywania kontaktów, chęć nauki i znajomość swojego miejsca w szeregu. Zasada jest prosta, odzywaj się tylko wtedy, kiedy naprawdę masz coś do powiedzenia. Pomógł mi też elegancki sposób bycia i wysławiania, zachowywanie form grzecznościowych podczas kontaktów na żywo i mailowych. Im bardziej ludzie od tego odchodzą, tym kładę na to większy nacisk.
Prawda jest taka, że gdybym nie poszła na studia, to dzisiaj byłabym w tym samym miejscu, co jestem. Szkoła nauczyła mnie jedynie cierpliwości do ludzi. Ostatnią pracę znalazłam w trzy tygodnie.
Witold, 33 lata, Kraków
rzucił weterynarię po czwartym roku, pracuje jako handlowiec
Naprawdę chciałem zostać weterynarzem i pomagać zwierzętom, ale jak sobie policzyłem, że po studiach średnia płaca w tym zawodzie to 800 zł na rękę, to odpuściłem. Kolega dostał się na staż, płacili mu 250 zł miesięcznie. Po kilku tygodniach był już w Walii, gdzie na okresie próbnym dostał 800 funtów, samochód i mieszkanie. Po trzech miesiącach został pełnoprawnym lekarzem. Nie miałem na co czekać. Wiedziałem, że jak posiedzę na uczelni jeszcze dwa lata, to w najbliższej perspektywie czekało mnie zamiatanie lecznic i ubóstwo.
Zajęć praktycznych praktycznie nie miałem, bo ciężko nazwać nimi badanie przez 15 osób jednego psa. Do tego zero instrukcji, jak postępować z klientami, a przecież każde zwierzę ma właściciela i wytłumaczenie mu, co się dzieje i ile będzie to kosztowało, niekiedy jest trudniejsze niż diagnoza.
Na innych kierunkach chyba jest podobnie. Najwyżej połowa moich znajomych pracuje w wyuczonym zawodzie. W budowaniu kariery najważniejsze jest wiedzieć, co chce się robić i osiągnąć. Trzeba znać swoje mocne strony i iść w tym kierunku, żeby je rozwijać. Przydaje się też refleks, żeby umieć wykorzystać okazje, które się trafiają. No i nie bać się ryzyka.
Tylko raz szukałem pracy, potem to ona zgłaszała się do mnie. Ludzie pamiętają specjalistów i chcą ich do siebie ściągać. Kryzys, nie kryzys ta zasada zawsze się sprawdza.
Mając to doświadczenie co obecnie, nie poszedłbym na weterynarię, tylko na zaoczny marketing, reklamę lub zarządzanie. Dlaczego zaoczny? Żeby jak najszybciej zacząć pracować. To daje więcej niż wszystkie szkoły.
Ewa, 29 lat, Poznań
z wykształcenia technik ogrodnik, pracuje jako analityk kredytowy i inwestycyjny w banku
Jak rekruterzy przeglądali moje CV, to na początku każdy pytał, co mnie podkusiło, że poszłam do technikum ogrodniczego. Odpowiedź jest prosta, uległam namowom rodziny i znajomych. Mówili, że to taka ciekawa szkoła. Tylko że ja już po kilku miesiącach wiedziałam, że przyszłość mnie w tym zawodzie nie czeka.
W banku zaczynałam od najniższego poziomu. Najpierw byłam doradcą, potem starszym doradcą, kierownikiem oddziału, starszym specjalistą, aż wreszcie analitykiem. Zajęło mi to osiem lat.
O mojej karierze zadecydował przypadek. Dość szybko musiałam się usamodzielnić, a ponieważ lubię ludzi, dostałam stanowisko, gdzie miałam z nimi cały czas do czynienia. W dostaniu pracy pomogła mi wrodzona empatia, charyzma, uśmiech, odwaga personalna i łatwość w nawiązywaniu kontaktów.
Na stanowisko kierownicze, które zgodnie z polityką firmy wymagało wykształcenia kierunkowego, awansowała mnie kobieta, która jako jedynemu pracownikowi przyznała mi 100 punktów za pracowitość, pomysłowość, kreatywność i wybijanie się na tle innych. Wiedziała, że jak czegoś nie umiem, to na pewno szybko będę się chciała tego nauczyć.
Przez całe dorosłe życie dążę do tego, żeby być najlepszą w tym co robię, jestem konsekwentna. Nigdy nie skakałam z branży do branży, bo moim zdaniem lepiej ciągnąć karierę w jednym miejscu. Tym sposobem można zajść o wiele dalej.
Po kilku latach pracy zawodowej poszłam na studia związane z zarządzaniem, ale nie nauczyły mnie nawet tego, co praca na najniższym stanowisku w banku. Teorię można przeczytać w książce, praktyki nikt ci nie da.
Wszyscy mówią o magii papierka, jakim jest tytuł magistra. Tymczasem przez lata dystansowałam rywali z mgr przed nazwiskiem właśnie doświadczeniem. Patrząc na to, co robię i gdzie jestem, nie zmieniłabym żadnej decyzji. Wiem natomiast, że nigdy nie poszłabym na studia dzienne. Dzisiaj jestem przed trzydziestką i mam już osiem lat doświadczenia. W zeszłym roku trzy razy zmieniłam pracę. Zawsze na lepszą.
Agnieszka, 26 lat, Warszawa
z wykształcenia historyk, pracuje jako konsultantka w międzynarodowej korporacji
Na co dzień dbam o to, żeby klienci naszej firmy byli zadowoleni. To bezpośrednio przekłada się na liczbę zamówień, które z kolei łatwo przeliczyć na moją premię. Wolę to niż uczenie gimnazjalistów historii.
Na studia poszłam, bo wszyscy w rodzinie są magistrami i uległam presji. Nie wiem, co sobie myślałam, wybierając tak nieżyciowy kierunek, ale nie zamierzam tej decyzji żałować. Bez pięciu lat kucia dat, nazwisk i anegdot nie miałabym tak wyrobionej pamięci, a ta bardzo mi się teraz przydaje. Wiem, jak nazywają się członkowie rodziny moich klientów i w jakim wieku są dzieci, gdzie byli na wakacjach, kiedy obchodzą imieniny. Takie szczegóły budują relację. Dzięki nim nie zaczynam spotkania od słów: “Czy nadal podoba się panu nasza oferta?” tylko np.: “Czy syn zrobił jakieś postępy w grze na skrzypcach”. I od razu jest milej, swobodniej, rozluźnionym można przejść do interesów.
Większość moich znajomych nie pracuje w zawodzie. Ekonomiści sprzedają reklamy, biolożka została instruktorką aerobiku, ktoś prowadzi szkolenia zawodowe. Żyje nam się wszystkim na tyle dobrze, że starcza do pierwszego.
Swoją pozycję zawodową zawdzięczam sile przebicia, kreatywności, potencjałowi i dużej otwartości na ludzi. Do tego jestem pracowita i ambitna. Myślę, że nie brakuje mi również sprytu, ale takiego w dobrym tego słowa znaczeniu. Umiem wiązać fakty, dedukować, czytać między słowami. To ważne, szczególnie w pracy z ludźmi.
Gdybym dzisiaj mogła wybierać studia, pewnie znowu poszłabym na historię, bo to ciekawy kierunek. Z nimi czy bez nich zawodowo byłabym na tym samym miejscu.
Źródło: GazetaPraca.pl



Jakich pracowników warto zatrudniać?
Uniwersyteckie Spotkania z Rynkiem Pracy

Aniu, od 1 lipca 2011r. szukam pracy. Do tej pory byłam tylko na kilku rozmowach kwalifikacyjnych. 

Jak się przekwalifikować?
- To praca, która wypala, ale bez niej ciężko się żyje. W trakcie kariery współpracowałem przy rozwiązywaniu blisko 50 porwań, z czego 20 zakończyło się dobrze. Ściągałem z dachów po dziesięciu samobójców rocznie – opowiada Dariusz Loranty, były policyjny negocjator










